Aktualności i wydarzenia

Na końcu Europy

Portugalia kusiła nas od dawna, ale z roku na rok odkładaliśmy tę wyprawę - a to za daleko, podróż męcząca, dzieci małe itd. Poza tym, tak długi wyjazd wymagał odpowiedniego kampera - zwrotnego, niewielkiego, szybkiego, a zarazem pojemnego i wygodnego. Strzałem w dziesiątkę okazał się CS Luxor na Mercedesie Sprinterze. Niższy i węższy niż przeciętny kamper - nawet półintegrator - jednak bardzo pakowny i rozwijający zawrotną jak na tego rodzaju auto prędkość - nawet 150 km/h! Wnętrze zostało świetnie rozplanowane, z trzyosobowym spaniem z tyłu i rozkładanym siedzeniem przeistaczającym się w wygodne łóżko dla jednej osoby. Całość dopełniała dobrze zaprojektowana łazienka, pojemne szafki kuchenne i duży garaż. Żadnych zbędnych ozdobników i designerskich pomysłów - po prostu przemyślnie i praktycznie zaprojektowane auto kempingowe. Nic tylko wsiadać i jechać!

Mimo iż naszym celem było zwiedzenie Portugalii, nie zamierzaliśmy tej trasy pokonać za jednym zamachem - tym bardziej, że po drodze ,jak się okazało, czekały na nas interesujące rzeczy do zwiedzenia, z których pierwszym przystankiem był Playmobil Funpark w Zirndorf k/Norymbergii. Miejsce warte polecenia szczególnie małym i trochę większym dzieciom.

Kolejny etap to oczywiście Francja i aby tradycji stało się zadość, w Wogezach kibicowaliśmy Tour de France. Następnie skierowaliśmy się na południe i jadąc niespiesznie przez urokliwe burgundzkie miasteczka i winnice dotarliśmy w końcu do Millau - miasta słynącego najwyższego w Europie wiaduktu, przerzuconego nad doliną rzeki Tarn. Stamtąd już udaliśmy się w kierunku Atlantyku i granicy hiszpańskiej, zahaczając o kilka interesujących miejsc jak miasteczko Roquefort( piwnice z serami robią wrażenie!), czy Albi (przepiękna katedra).

Ponieważ zazwyczaj nie planujemy dokładnie całej trasy, zdając się na spontaniczność i szczęśliwy traf, już na terenie Hiszpanii - jadąc od Pampeluny na zachód - zorientowaliśmy się, że jesteśmy na pielgrzymim szlaku do Santiago de Compostela. Grzechem byłoby nie skorzystać z tego drogowskazu, toteż i my podążyliśmy drogą św. Jakuba, aby znaleźć się w tym przeważnie deszczowym mieście. Mimo kiepskiej pogody, wrażenia okazały się niezapomniane, zwłaszcza msza w katedrze, podczas której ośmiu mężczyzn rozkołysuje ogromną kadzielnicę, która buja się z prędkością 60 km/h!

Stamtąd nie pozostało już nic innego jak pospieszyć w kierunku granicy portugalskiej, co też uczyniliśmy i po dziewięciu dniach od wyjazdu z Krakowa znaleźliśmy się na kempingu ok. 20 km od Porto. Warto zaznaczyć, że był to nasz zaledwie trzeci nocleg na kempingu, gdyż do tej pory głównie korzystalismy ze camperparków, których zwłaszcza we Francji nie brakuje.

Samo zaś Porto... Cóż - tam po prostu trzeba być, podobnie jak w Lizbonie, do której zawitaliśmy w dalszej kolejności. Oba miasta robią niesamowite wrażenie, nie tylko ilością zabytków, ale klimatem wąskich uliczek z rozwieszonym praniem (cecha charakterystyczna Porto), malowniczych zaułków, mnogością knajpek serwujących pyszne ( i tanie ) jedzenie. Zarówno Lizbona jak i Porto swój urok zawdzięczają wyjątkowemu położeniu tj. u ujścia do oceanu dwóch dużych rzek - Tagu i Duero. Warto zresztą podążyć doliną Duero, w głąb lądu, by zobaczyć niezwykłe tarasy z winnicami, których tradycja uprawy sięga czasów rzymskich. Wzgórza wzdłuż koryta rzeki są symetrycznie pocięte winnicami, co tworzy kapitalny obraz, podobno widoczny z kosmosu.

Oczywiście Portugalia to również piękne plaże - te nad Atlantykiem jak i nad Zatoką Kadyksu, z których korzystaliśmy przy każdej nadarzającej się okazji.

Warto nadmienić, że Portugalia jest krajem bardzo przyjaznym dla kamperów. Właściwie wszędzie można się zatrzymać, nie ma nigdzie zakazów, poza tym jest bezpiecznie, czysto i niedrogo i nawet w kurortach nie widać sztucznego nadęcia i niepotrzebnego blichtru. Pogoda również nas nie zawiodła, było ciepło, słonecznie, ale bez męczącego upału, co jest charakterystyczne dla tamtejszego klimatu.

Po spędzeniu 10 dni w Portugalii, żal było wyjeżdżać, tym bardziej, że nieuchronnie zbliżał się koniec naszych wakacji i na powolną drogę przenaczyliśmy co najmniej 4 - 5 dni, podczas których zwiedziliśmy Sewillę, Granadę (cudowna Alhambra ) oraz benedyktyński klasztor Montserrat k/ Barcelony. Niestety, powrót minął nam w deszczu, który przywieźliśmy do Polski?

Nie zakłóciło to jednak wspomnień i cichej obietnicy, że jeszcze do Portugalii wrócimy - pozwoliliśmy sobie bowiem na luksus pewnego niedosytu...